Płyta dla tych, którzy zakochują się najpierw w obrazie — a dopiero potem szukają człowieka pod spodem.
Te piosenki są zbudowane jak sonety: zwarte, rymowane, z wyraźnym zwrotem w finale. Łączy je jedna obsesja — kobieta jako dzieło wyobraźni. Raz jest snem, który „się nie spełnia"; raz „encyklopedią w kwiecistej zmysłowej sukience"; raz ilustracją, którą można czytać palcem przy latarce. Rafał Fagas nie opisuje tu ukochanych — on je lepi, ze słów, z fantazji, z porannego półsnu.
A skoro się je lepi, to można je też stracić: wystarczy, że przyjdzie dzień i zmyje obraz z powiek. Stąd dowcip tej płyty jest podszyty melancholią, a kalambur — tęsknotą. Pod jarmarczną karuzelą i pod zazdrością o pieroga kryje się to samo pytanie: czy da się kochać kogoś, kto istnieje tylko tak długo, jak długo się o nim mówi.
Album domyka się podwójnie — dwiema wersjami „Wielkiego mosiężnego sterowca": studyjną i na żywo. Po dwunastu wzlotach wyobraźni wielka maszyna marzeń dostojnie opada, a ostatnie słowo dostaje to, czego nie da się utrwalić: koncert zagrany raz, który dzieje się tylko teraz — i znika.
Kochanek atlas: jedną rękę trzyma „na pulsie spraw", drugą podtrzymuje niebo, żeby „nieba nie wypuścić z garści" — i właśnie dlatego nie może objąć ukochanej, która jest „z marzeń, i to takich które się nie spełniają". Sprawy kosmiczne traktuje jak codzienne obowiązki; obietnica jest piękna i niemożliwa: przyjdę, gdy zgasną światła miast — a one gasną bez końca.
musisz poczekać aż zgasną. Przyjdę sam. I masz się nie martwić
Komplement „oczy jak ocean" wzięty dosłownie i rozkręcony do absurdu: gdy ona patrzy na ocean, ocean spuszcza wzrok i ucieka z odpływem; gdy patrzy w niebo, niebo przykrywa się chmurami. Zwrot godny sonetu — takie oczy „powinno się trzymać w jakiejś wieży lub jakiejś warowni", a nie na środku ślicznej twarzy. Skutek jest nieodwracalny.
takie oczy to powinno się trzymać / w jakiejś wieży lub jakiejś warowni
Dwoje ludzi, każde osobno, próbuje unieść się z podłogi za własny warkocz. „Ona nie ma mężczyzny. On nie ma kobiety", więc on buduje ją „jak mydlaną bańkę o kolorach tęczy", ona go sobie wymyśla — a bańka pęka „na frotowy ręcznik". Najczystszy obraz samotności na płycie: dwoje fantastów chce „unieść siebie nawzajem, za włosy, za głowy", choć wiedzą, że to się nie może udać.
Ona go sobie wymyśla, on ją sobie robi
Najzabawniejszy i potajemnie najsmutniejszy utwór płyty: wyznanie zazdrości skierowane do pierogów. Bo pieróg „trzyma się w sobie" i — w odróżnieniu od rolady — „nie potrzebuje sznurka żeby spętać pustkę". Pod kuchennym żartem kryje się tęsknota porozdzieranego człowieka za wewnętrznym ładem: „oskubane anioły, zbielałe diablęta" śpią w równowadze, której jemu brak.
Tej boskiej równowagi zazdroszczę pierogom
Mówi senne wcielenie ukochanej, leżące „w poprzek twojego przebudzenia": nie mrugaj, śnij mnie jeszcze, pozwól mi stać się przezroczystą. Zwrot przychodzi, gdy chce uciec „jak wiewiórka" — a on ją chwyta i „zakuwa w zaprzęg porannej wyobraźni". Czułość staje się przemocą: utrwalić ukochaną znaczy ją uwięzić.
Utrwalasz i topisz na zawsze / w niezniszczalnych obrazach, filmach, rękopisach
Jawnie wyłożony program płyty: bohater lepi kobietę ze zdań, „słowem owija jak mięsem jej elektryczne kości", rzeźbi obojczyki i czeka, „aż wreszcie ożyjesz" — choć mity szepczą „przestań". Ona jest „encyklopedią w kwiecistej zmysłowej sukience". A skoro jest tylko z mowy, istnieje tylko w mowie: cisza ją unicestwia, słowo podtrzymuje.
kiedy milczymy – mija wiek / kiedy mówimy – płynie czas
Olśniewająca zmysłowość uruchomiona przez detal. Sukienka w prążki budzi „pasmo afrykańskich skojarzeń" — gazelę przebraną za zebrę, sawanny — ale prawdziwy szał wywołują dwie błękitne wstążki na kostkach. Pożądanie tu nie opisuje, ono halucynuje: wstążki „fatamorganą wieczorną puszczają zajączka", a cała Afryka kurczy się do trzech słów.
jej powidok wciąż niosę pod skrzydełkami powieki
Ona „opowiada o sobie nawet kiedy milczy", bo jej skóra to tatuaż — można ją „czytać jak stubarwny komiks", nocą, przy latarce, „do ostatniej strony". Bliźniaczka Prawdopodobnej, ale odwrotna: tamtą lepiło się ze słów, tę się czyta z ciała. Zwrot: całe swe życie „nosi na lewej stronie, jak barani kożuch" — najintymniejsze jest u niej to, co najbardziej widoczne.
Można ją wtedy czytać jak stubarwny komiks
Najweselszy galop płyty: pościg za ukochaną „na białym koniu" — drewnianym, z karuzeli — przy katarynkach i werblach, z drewnianą szablą do machania nad głową. Dowcip w autoironii rycerza w „szortach w kratę", który wie, że na drewnianym koniu „przystoi mieć myśli kudłate". A najczulszy komplement schowany w najbardziej jarmarcznym obrazie.
ty, która jesteś piękna nawet przed krzywym lustrem
Kalambur staje się tu bohaterką: „ona ma dar języka i słowa się do niej garną" — iskrzą, strzelają fajerwerkiem, malują po ścianach „na biało, czerwono i czarno". „I każde z nich jest kobietą", stającą rano przed szafą pełną znaczeń, niepewną, czy będzie „ostre jak oset czy trawą się będzie płożyć". Sonet o miłości do mówienia, domknięty jednym prowokacyjnym rozkaźnikiem.
Język. W ust aureoli / jest serpentyną. / Poliż.
Finał wyciszony i metalowy. Mówi sam sterowiec: „coraz częściej śnię miękkie obłoki, coraz rzadziej zerkam za horyzont"; już „nie odbija światła", pracuje w nim tylko woda w kotłach i śmigło „niczym w kółko oszalały gryzoń". Po albumie pełnym wzlotów wyobraźni przychodzi czuły powrót na ziemię — wielka maszyna marzeń dostojnie osiada.
skończył się bankiet / wiatr na relingach / gra kołysankę
Ten sam sonet, zagrany na żywo — i ta powtórka jest sensem. Płyta o utrwalaniu w „niezniszczalnych obrazach" zamyka się wersją celowo ulotną, oddychającą salą, niedoskonałą, nie do skopiowania. Po wszystkich miłościach, które się lepi i utrwala, ostatnie słowo należy do czegoś, co dzieje się tylko teraz — i znika.
Już nigdy się nie przegra, nie wygna, nie przygna