Stare demony wróciły — tylko nazwy nieszczęść są nowe.
Rafał Fagas wyprowadził dziesięć słowiańskich stworzy ze „Stworzy i Zduszy" Czesława Białczyńskiego i dał każdemu z nich współczesny adres. Bełt, demon wichru, kręci się dziś w głowie chorej na demencję. Śląkwa, bogini deszczu zamknięta w cudzej komorze, zasłania horyzont szarugą, której nikt nie nazwie inaczej niż depresją. To nie są bogowie od piorunów — to patroni rzeczy niedużych, którzy rządzą jednym, konkretnym życiem.
Album skomponowany jest jak galeria portretów, a każdy z nich ma podwójne dno: pod ludową grozą czai się diagnoza. Rusałki kuszą zza tafli ekranu zamiast zza tafli wody; Kłobuk znosi do jednej chaty bogactwo skradzione sąsiadom i nazywa to giełdą; Mamuna podmienia dziecko tak samo cicho, jak robi to nałóg. Najgroźniejszy okazuje się Grzenia — jedyny duch, który nie prześladuje, lecz zaprasza, i dlatego bezboleśnie zabiera całe dnie.
Płyta zaczyna się od wichru, który porywa donikąd, a kończy pod okiem Lelka — dawnego ptaka śmierci, dziś stuokiej sieci zawieszonej nad wszystkimi naraz. Między jednym a drugim mieści się cały bestiariusz lęków, które wyglądają znajomo, bo nosimy je przy sobie. To nie podróż do mitologii — to mitologia, która przyszła zamieszkać u nas.
Demon zawieruchy pędzi na krótszej nodze, zawsze przeciwnie do słońca, i porywa ludzi, których nigdy się nie odnajduje. Tu śpiewa ktoś już porwany: obraca starą baranicę, nie wiedząc, „czy do domu, czy do ciepłych krajów", a znajoma ulica robi się obcym kanionem. Rodzina szuka go przez radio; on jest ciągle w drodze — donikąd.
kręcę się tak jak kręci się Ziemia / ciągle w drodze
Pani Dżdżu, której skradziono chmury i odebrano suknie, nie atakuje nikogo — po prostu płacze. Jej szaruga nie ma winnego ani adresata; to smutek, który się przelewa i zasłania światu horyzont wilgotną kotarą. A potem przychodzi po wszystkich domowników, jednego po drugim, i dusi ich mokrymi łapami.
idzie panna samotna / po ciebie i mnie
Rusałki są piękne nie mimo tego, że nieprawdziwe — są piękne właśnie dlatego. Dawniej wabiły ku wodzie; dziś tą wodą jest tafla ekranu, a brzoskwiniowy mech leży „na klawiszach pod palcem". Powiedzą, co zechcesz usłyszeć, bo ich pieśń jest bez własnej treści — a na końcu mit utonięcia domyka się jako zwykła samotność.
niedotykalne usta, plastikowy śmiech
Mamuna karmi odurzającym mlekiem i podmienia dzieci — porywa niemowlę, podrzuca Odmieńca, zostawia matce dożywotnie „nie upilnowałam". Pieśń splata ten lęk z nałogiem, bo to jeden mechanizm: ktoś bliski jest ciałem obecny, a osobą zabrany — leży „zapatrzony w powałę", po drugiej stronie rzeki, ze strużką mleka w kąciku ust.
nie upilnowałam / nie upilnowałam
Kłobuk znosi do jednej chaty bogactwo skradzione sąsiadom — nikt nie zyskuje z niczego, ktoś zawsze traci dokładnie tyle, ile drugi zarobił. Sprzedał Staszek krowę za pakiet akcji, stara Wojtasowa kupiła bitcoiny „na wypadek wojny"; gdy przychodzi krach, zostaje świeczka w giełdowych wykresach. A wyjść się nie da — iskry nad głową kuszą, że może tym razem.
leci Kłobuk leci / z moją kasą w pysku
Spada z nieba jak meteor — złoty warkocz, oczy „toczone jak z letniego nieba", nieodwołalne zakochanie. To nie demon złości, lecz uroku i niestałości: znika każdego ranka przed świtem, „przybywa rzadko". Refren odmierza rozpad zmianą barw — koszula z białej w szarą, z szarej w czarną — aż zostaje czekanie na kogoś, kto co rano odchodzi.
Życie się w mnie drze / na pył na proch na kawałki
Kaszubski opiekun snu jako jedyny na tej płycie nie prześladuje — on zaprasza. Z Grzenią skoczysz na piwo do galaktyki Magellana, kupisz pałac za śmieszną sumę za metr, dostaniesz wszystko za darmo. Jedynym wrogiem jest budzik nastawiony na szóstą. Dlatego to najpodstępniejszy z bogów: nie boli, po prostu zabiera dni.
Grzeniu aniele senny mój / ty zawsze przy mnie stój
Spytałeś ją tylko o drogę — „w lewo, w prawo, pod torami, mostem" — i już nie wiadomo, gdzie cię zaniosło. Córka boga Nieładu zamieszkuje u ciebie i przejmuje ster: jesteś krosnem, na którym ona tka twój los. A kiedy odchodzi, najdziwniejsze — świat staje się płaski, „egzystencjalny zakalec", bo to jej chaos dawał życiu fabułę.
poprzestawiała mi życie jak filiżanki w kredensie
Kikimora nie atakuje — siada obok i przędzie po nocy, terkocze krosnem, snuje nić bez końca. Pierwsza zwrotka udaje kołysankę, ale „nic się nie odmieni" to nie ukojenie, lecz rezygnacja wypalenia: bateria się skończyła, a odłączyć się nie sposób. Szczury myśli gonią w kołowrotku, a świt nie przynosi ulgi — tylko wyrok: już dzień.
Ciemno wszędzie, głucho wszędzie / Kikimora w nocy przędzie
Dawniej ptak-zwiastun śmierci siadał nad głową jednego skazańca — tu wszystko się odwraca i to stuoki Lelek przygląda się tobie. Coś napisał, coś powiedział — wciągnęli go na listę, a potem nagle zniknął bez pożegnań, w mglisty ranek. Stary Lelek wisiał nad jedną głową; nowy wisi nad wszystkimi naraz, a niebo jest zdradliwe.
ponad tobą stuoki Lelek / każdy sekret chętnie wyśpiewa