Cała piosenka trzyma się na jednym słowie: „jeżeli".
To nie relacja ze spotkania, lecz bardzo dokładne marzenie o tym, jak miałoby wyglądać. Bohater nie prosi o jasność — prosi o hałas, o dym, o światło, które paruje ponad kontuarem. Niech będzie nieostro, niech zbliżenie idzie powoli, bo dopiero gdy zacierają się kontury, oboje stają się sobą w pełni: „ja dochodzę do pełni – ty stajesz się cała".
Trasą jest nocne miasto śnione od środka — przejście na czerwonym, drogi szukane w rysach i dziurach na asfalcie, przypadkowy neon przysiadły na gzymsie jak ptak. A świt, który w takich scenach zwykle wszystko psuje, zostaje tu oswojony: za filarem czekają „nietykalne ciemnie", a finał obiecuje dwoje młodych, pięknych i bezecnych „w za dużych ulicach". Miasto jest za duże — ale we dwoje akurat w sam raz.