Każde rozkładanie się da na chwilę wziąć za układanie.
„Rozkładanka" to piosenka o ubywaniu — o umyśle, który gubi kolejne fragmenty siebie, i o jesieni, która tę utratę odmierza. Najpierw znika snopek zżęty, potem jedna gwiazda i wieszak w sieni; z układanki, którą dwoje ludzi składało razem, wypada coraz więcej kawałków — cicho, bez awantury, tak jak naprawdę znika świat człowieka, który zapomina.
Forma niesie tu treść. Utwór jest niemal villanellą — wierszem o nawrotach, w którym te same wersy wracają jak refren, tyle że za każdym powrotem są odrobinę inne, bardziej wytarte: „pod jeszcze jedną jesienią" robi się „ta jeszcze jedną jesienią", aż gramatyka pęka dokładnie tak, jak pęka pamięć. Nawet łacińskie veni, vidi, vici sypie się od końca. A w ostatniej strofie „nasze puzzle" stają się „moimi" — drugi człowiek już wypadł z układanki, został ostatni fragment i najcichszy z lęków: że jednego ranka po prostu nie wróci się do siebie.