Prosimy o niebo, dostajemy siebie nawzajem — i to wystarcza.
Singiel zbudowany jest z samych próśb, ale to prośby zakochanego w świecie: żeby posypało trochę śniegu i ruszyła świąteczna symfonia, żeby spadła „kserokopia nieba", żeby na dachu ktoś zaśpiewał kolędę o zapachu chleba. Stół zamienia się w ołtarz, a aniołowie przysiadają na skraju talerzy „jak mewy", patrząc okiem wesołym — nie strażnicy, lecz goście tej wieczerzy. Siedzący przy nim okazują się jej ministrantami: nie najważniejsi, tylko usługujący przy rycie większym od nich.
Każda zwrotka prosi o inny żywioł — śnieg, wiatr, ogień, gwiazdę zostawioną na noc jak lampka — i każda kończy się tym samym, coraz cichszym wyznaniem: „trzeba nam siebie". Bo wśród galaktyk i kolęd śpiewanych na dachu największym cudem przy wigilijnym stole zostaje drugi człowiek — ten, z którym nie trzeba się bać cienia gałęzi w podokiennym drzewie.