Wszystko w cenie: drinki, leżaki, aqua aerobic. Oprócz wzajemności.
„All inclusive" to piosenka-pocztówka z kurortu, w którym nic nie jest tym, na co wygląda. Bohater przyjeżdża po słońce, a przy barze spotyka animatorkę z margeritą. Od tej pory jego urlop ma grafik: wtorkowe zajęcia w basenie, nieprzespane noce i leżak zajmowany o szóstej rano jak przyczółek.
To jego poświęcenie w klapkach jest śmieszne i trochę wzruszające zarazem. Puenta przychodzi razem z końcem sezonu: pusty basen, żadnego całusa i hotel, który „wcale nie jest all inclusive". A refren wraca skoczny jak muzyczka z animacji, jakby nic się nie stało. Na singlu piosenka i jej remiks: ta sama historia, drugi raz w innym rytmie.
Lato, poranny gwar i nowy beach bar, a przy nim ona: białe bikini, włosy blond, margerita przez słomkę. Bohater w odpowiedzi umie tylko zapytać „no skąd?". Potem chodzi na aqua aerobic w co drugi wtorek i nie dosypia, żeby o szóstej rano zająć leżak. Kiedy sezon się kończy, nie ma nawet buzi, a hotel okazuje się wcale nie all inclusive. Miłości w pakiecie nie było.
nawet od niej nie dostałem buzi
Ten sam tekst w innym rytmie i dłuższej wersji. Jak potańcówka wieczorem po dniu nad basenem: te same słowa, inne światła. Błąkanie się „w tym hotelu, w tym hotelu" zapętla się tu jak wakacyjna obsesja, która nie chce się skończyć.
a więc błąkam się bez celu / w tym hotelu, w tym hotelu